niedziela, 9 lipca 2017

Rozdział 4 - Tylko nie mów mamie!

Dziękuję za komentarze i zapraszam na kolejny rozdział. Wiem, że akcja trochę wolno się rozwija, ale po tym rozdziale już bziu! poleci, obiecuję ;) 
Za betę dziękuję Indrze :)

Rozdział 4


W całym swoim życiu Chris nigdy nie sądził, że doświadczy takiej rozmowy. Sam nie wiedział, jak powinien to opisać. Był ciekawy tego, co James miał mu do powiedzenia. Zdał sobie sprawę, że wcześniej syn nie zwierzał mu się ze swoich problemów, a teraz niejako zmusił go do wyjawienia swojego najintymniejszego sekretu.
Obaj czuli się niezręcznie. James siedział przygarbiony i uciekał wzrokiem wszędzie, gdzie się dało. Nie miał pojęcia, jak powinien zabrać się za tę rozmowę, co Chris od razu wyczuł i wcale go o to nie obwiniał. Zobaczył w nim siebie sprzed prawie trzydziestu lat. On też czuł się tak samo skrępowany, zagubiony i wystraszony tym, co działo się w jego głowie. Nie wyobrażał sobie rozmowy o tym ze swoją matką, ale jakaś część niego już od dawna chciała wyjawić tę tajemnicę. Zrzucić z siebie ciężar. Czasy się zmieniły, podejście do gejów również, ale poczucie zagubienia i dezorientacja – chociaż chwilowe, towarzyszyło każdemu dorastającemu dzieciakowi.

– James, spokojnie – spróbował go pohamować, zapominając o swojej złości i zniecierpliwieniu. Świadomość, że mógł pomóc Jamesowi tak, jak jemu nikt nie pomógł, gdy był nastolatkiem, wywołała u niego poczucie ulgi i zadowolenia.
– Przecież jestem spokojny! – zirytował się James. – Po prostu... Sam nie wiem, to nie jest takie proste. Nawet nie wiem, od czego mam zacząć.
– A jak ja zacznę? – przerwał mu Chris. – Będzie ci łatwiej?
– Chcesz mi opowiedzieć, jak to było z tobą? – Jego syn zdziwił się tak bardzo, że Chris miał ochotę się roześmiać.
– Tak. Pod koniec lat osiemdziesiątych było inaczej, niż jest teraz – zaczął, z satysfakcją dostrzegając rosnące zainteresowanie w jego oczach. – Nie było... dobrze, ale wcześniej tacy jak my mieli jeszcze gorzej – kontynuował. – Wiesz, dużo musiało się zmienić, zanim ludzie zrozumieli, że nie jesteśmy żadnym cholernym zagrożeniem. – Po raz pierwszy nazwał ich w taki sposób – on i James należeli do tej samej grupy, byli tacy sami.
Przez twarz syna przemknął cień.
– Teraz też niektórzy mają z tym problem – przyznał James.
– Ktoś cię zastraszał? – zaniepokoił się.
– Nie – zaprzeczył od razu. – Po prostu wiem, jak ludzie reagują. Nie lubią gejów, wciąż są uprzedzeni. Ale wiem, że nie tak, jak kiedyś. Czytałem trochę na ten temat.
Chris mimowolnie się uśmiechnął. To była pierwsza rzecz, która połączyła ich od tylu lat. Odkąd James zaczął dorastać, przestał się z nim dogadywać, nie potrafili znaleźć wspólnego języka. Frustrowało go, że tak bardzo się od siebie oddalili, kiedy jego była żona dogadywała się z Jamesem bez słów. On przecież nie mógł być takim złym ojcem!
– Mhm, tylko trochę w zasadzie... – James wzruszył ramionami. – Czytałem, najpierw ogólnie o... O tym wszystkim, później o biologii i historii.
Christopher kiwnął głową z aprobatą, słysząc takie słowa. Już od dziecka James był ambitny i łatwo było przewidzieć, że będzie się świetnie uczył. Bystry dzieciak. Dużo szybciej niż jego siostry nauczył się czytać i liczyć, choć, jak na złość, mówić zaczął dopiero, kiedy skończył pięć lat. Martwili się wtedy o niego z Gabrielle, że mógł być na coś chory. Do dzisiaj pamiętał ich wizyty to u jednego, to u drugiego specjalisty, ale każdy kolejny lekarz uspokajał ich: „James będzie mówił, wszystko z nim w porządku”. No i po kilku miesiącach rzeczywiście zaczął mówić. Nie, więcej – zaczął nawijać jak opętany, a Chris łapał się za głowę, dziwiąc się, że pięcioletnie dziecko może mieć tyle do powiedzenia. Czasami miał ochotę zakleić mu buzię, żeby przez chwilę posiedzieć w ciszy.
Christopher czasami żałował, że te chwile nie mogły wrócić. Wtedy czuł, że syn był mu bliższy niż kiedykolwiek.
– A... – zaczął James – jak to było z tobą? To znaczy... kiedy się dowiedziałeś? Jak? I...
– I co? – ponaglił go Chris, zaniepokojony miną syna.
– I jak to było z mamą? Moją mamą – sprecyzował.
– Tak się składa, James, że nasz historia z mamą nie jest kłamstwem. Każda rzecz, którą o niej usłyszałeś. Poznaliśmy się w collag'u, zakochaliśmy się w sobie i tak, to było coś prawdziwego. Możesz wierzyć albo nie, ale był czas, że naprawdę kochałem twoją matkę. Do jasnej cholery, James! Byłem z nią szesnaście lat. Dała mi trójkę wspaniałych dzieci. To coś więcej niż małżeństwo!
– Ale coś mniej niż twoja orientacja – przerwał mu. – Tego nie oszukasz.
– Nie – przyznał szczerze Chris. – Nie oszukam. Próbowałem to tłumić, kiedy byłem w związku z twoją matką, ale to nie było takie łatwe – zamilkł, przypominając sobie swoje życie. Sieć kłamstw, niedomówień, krótkich, namiętnych spotkań z obcymi mężczyznami i powrotów do domu – zwykle kończących się na kłótni z Gabriellą.
– Dlatego chciałeś rozwodu?
– Oboje tego chcieliśmy, młody – odpowiedział, uśmiechając się łagodnie. – Mówiłem ci, że to, co jest między mną a Gabriellą... Teraz mnóstwo rzeczy zrobiłbym inaczej. Cholera, wiem, że popełniłem sporo błędów, ale nie żałuję tego. Ani jednej chwili. Jesteście moimi dziećmi, to coś ponad związek z Gabriellą i to kim jestem. Ponad moją orientację.
James patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, najwyraźniej zaciekawiony. Zeszli już z wojennej ścieżki i Chris musiał przyznać, że od lat tak ze sobą nie rozmawiali.
– To... długo jesteś z Carlosem? – usłyszał jego niepewne pytanie.
– Jakoś... rok, może półtora? – Musiał przygryźć wargę, żeby się nie uśmiechnąć. Carlos wybrał sobie jedną datę i zadecydował, że to ona będzie ich rocznicą. Wtedy przeprowadzili między sobą ważną rozmowę o uczuciach, związkach i całej tej cholernej miłości, ale moment, w którym stali się dla siebie kimś więcej niż tylko kochankami, nastąpił chyba wcześniej. Być może wtedy, gdy Chris uświadomił sobie, że powoli robił się zbyt stary na pieprzenie przypadkowych facetów, a być może, kiedy zazdrosny o Carlosa, pobił jednego faceta, który się do niego dostawiał. Argument pięści zwykle był idealnym wyznacznikiem ważnych momentów w jego życiu. Tak było z Gabriellą, tak było z Carlosem i wszystko wskazuje na to, że tak będzie i z Jamesem. W końcu uderzył faceta, który ośmielił się dostawiać do jego syna.
– To... to chyba długo. – James przygryzł wargę. – Ale nie mieszkacie razem? – zdziwił się. – Byliśmy u ciebie przecież i nie widzieliśmy nic...
– Nie, ja mam swoje mieszkanie, a on swoje, ale często u siebie nocujemy. Wiesz, młody... Jak całe życie się ukrywasz, to już pewne rzeczy przychodzą ci łatwiej. – Spojrzał na niego uważnie, takim wzrokiem, który mówił „nie popełnił tego samego błędu”. Nie chciał, żeby James żył tak jak on.
– A pani Sierra? Mama Carlosa, wie?
– James, proszę cię! – Chris prychnął. – To najbardziej zabobonna, religijna kobieta, jaką w życiu poznałem. Nawet twoja babcia się do niej nie umywa! Ona chce zostać świętą jeszcze za życia! Jakby się dowiedziała, że jej jedyny syn jest gejem... – Nachylił się nad stołem. – To rozpętałaby się apokalipsa. Zaczęłoby się od Los Angeles. – Zastukał palcem w stół.
– To najlepsza przyjaciółka babci – przypomniał James, a na jego ustach błąkał się uśmiech, który Chris odwzajemnił.
– Tak, czasami mam wrażenie, że twoja babcia się bez niej nie rusza. Jak byłeś mały, to ciebie i twoje siostry też targały po tych wszystkich kościołach i imprezach religijnych.
– Nie było wtedy aż tak źle – przyznał James, wzruszając ramionami. – Czasami tylko trochę nudno. Zwłaszcza, jak musieliśmy siedzieć w kościele na tych twardych ławkach i słuchać tych wszystkich śpiewów. Ale babcia zawsze po tym nam coś kupowała, no wiesz, albo jakieś zabawki, albo szliśmy na lody na Venice Beach. Dało się wytrzymać – zamilkł na chwilę i kiedy Chris już miał coś powiedzieć, roześmiał się i powiedział: – Chociaż raz pamiętam, jak powiedziała Ashley, że jak zostanie zakonnicą, to przepisze na nią cały majątek. Mnie też namawiała, żebym został księdzem. Tylko Alice zostawiła w spokoju. Wtedy Ashley uznała, że już nie będzie chodziła z nią do kościoła, no i to trochę poskutkowało, bo już nas tak nie targała po tych mszach.
– Co? – Chris otworzył szeroko oczy i roześmiał się tubalnym głosem, przez co znowu kilka głów odwróciło się w ich stronę. – Moja matka jest szalona, naprawdę, przez te wszystkie msze, na które chodzi kilka razy w tygodniu, już jej całkiem odbiło. – Pokręcił głową. Gabrielle nigdy nie podobało się, że jego matka była aż taka wierząca, a on i tak nie mógł z tym nic zrobić. Razem ze swoim bratem, Richem, musieli znosić to przez całe dzieciństwo, więc już się przyzwyczaili.
– Ashley stwierdziła, że babcia i tak wiedziała, że nic z nas nie będzie – stwierdził James i uśmiechnął się lekko. – Dlatego nam powiedziała o tym majątku. Z Alice wolała nie ryzykować, bo ona jako jedyna mogła pójść do zakonu. Przynajmniej tak mówiła Ashley.
Christopher znowu się roześmiał. Alice rzeczywiście była najbardziej wierząca z ich rodziny. Świetnie dogadywały się z jego matką, często chodziły na te wszystkie spotkania religijne, ale jedyną dobrą rzeczą, jaką jego córka z nich wyniosła, były śluby czystości. Miał nadzieję, że ich nie złamie. Ashley od zawsze się buntowała, więc Chris obawiał się, że już po herbacie, ale dla Alice była jeszcze nadzieja. No i zostawał jeszcze James. Nie brał go wcześniej pod uwagę, a teraz zaczął się martwić. Zwłaszcza, gdy przypomniał sobie Ronny'ego.
Nastała między nimi chwila niezręcznej ciszy, James wpatrzył się w okno, a Chris siedział i zastanawiał się, jak powinien wypytać go o jego doświadczenia, najlepiej tak, żeby James znowu się nie zdenerwował. Słowo honoru – pomyślał Chris – obraża się jak baba. Gorzej niż jego siostry. I że też akurat James musiał okazać się taki jak on. Z Ashley nakrzyczeliby na siebie, powściekali się, ale szybko złapaliby wspólny kontakt, z Alice byłoby bardziej dramatycznie, wzruszająco, ale koniec końców i ją by przekonał. Tymczasem James był najbardziej nieprzewidywalny. Dopiero teraz Chris zdał sobie sprawę z tego, że naprawdę nie znał swojego syna. Był fatalnym ojcem, najgorszym z możliwych, a wszystko zrzucał na tysiąc innych, nieistotnych rzeczy.
– Tato – głos Jamesa wyrwał go z zamyślenia – tak się zastanawiałem... Z Carlosem to coś poważnego?
Chris odchrząknął i wyprostował się.
– Cóż... – rzucił, zaczynając bawić się kawałkiem serwetki. Nie lubił takich pytań. Bardzo ich nie lubił. – Jesteśmy razem już dość długo... Jest dla mnie ważny i... No... tak, można uznać, że to coś poważnego.
– Miałeś kogoś innego? To znaczy wcześniej, tak... no wiesz, poważny związek.
– Nie licząc jakiegoś dzieciaka, który się we mnie zakochał i mnie prześladował? – zaśmiał się, ale gdy zobaczył zszokowaną minę Jamesa, pokręcił szybko głową. – Nie, oprócz Carlosa to nie. To znaczy... – Zawahał się, bo nagle o czymś sobie przypomniał. Wspomnienie było bardzo stare i zdał sobie sprawę, że przez lata do niego nie wracał. Nie chciał do niego wracać. Zmarszczył brwi i wziął głęboki oddech. – Nie – powiedział stanowczo. – Tylko Carlos.
James nie wydawał się zbyt usatysfakcjonowany tą odpowiedzią, ale skinął głową. Przyglądał mu się zaciekawionym, badawczym spojrzeniem i Chris poczuł się pod nim naprawdę nieswojo, zupełnie jakby to on miał siedemnaście, a James czterdzieści pięć lat. Właśnie to było najgorsze w jego synu! Czasami zachowywał się, jakby był dwa razy starszy i przeżył dwa razy więcej. Jak przystało na kogoś takiego, był też odpowiednio sprytny, żeby odezwać się w idealnym momencie. Właśnie wtedy, kiedy Chris już chciał prosić go o to, żeby teraz on mu coś opowiedział o sobie i swoich doświadczeniach.
– Zaczyna się już robić późno. – James zerknął na wielki, błyszczący zegarek na ręce Chrisa. – Może wracamy?
– Ale ten czas cholernie leci! – zdziwił się Chris, kiedy zorientował się, że było już po drugiej. Miał mieszane uczucia, jeżeli chodziło o ich rozmowę. Z jednej strony wlokła się tak bardzo, że miał wrażenie, jakby nic nie ustalili, a z drugiej – w towarzystwie Jamesa stracił poczucie czasu. W końcu po raz pierwszy od kilku lat mogli usiąść i porozmawiać w taki sposób.
– To... idziemy? – James uśmiechnął się nerwowo, wyciągając z kieszeni telefon. Najwyraźniej ktoś już do niego pisał, a on jak najszybciej chciał odpowiedzieć. Chris zmrużył podejrzliwie oczy. A co, jeśli to był jakiś inny facet typu Ronny'ego?
– Tak w zasadzie to jeszcze nie skończyliśmy tej rozmowy – zauważył. – Bo jeszcze nic mi nie powiedziałeś o sobie, młody.
– A co ci mam mówić? – James zirytował się, ale jednocześnie wydał się mniej pewny siebie niż wcześniej.
– Jak odkryłeś, że jesteś... Że wolisz chłopców? Miałeś już kogoś? Co tak właściwie... – Chris zdał sobie sprawę, że sam za bardzo nie wiedział, o co powinien zapytać, żeby nie brzmieć głupio i żeby James się nie wściekł, a zaczął się już irytować, słysząc pierwsze pytanie.
– Nie możemy już iść? Jest już późno, chcę wrócić do domu i... po prostu odpocząć.
– Możemy – Chris w końcu skapitulował. Uświadomił sobie, że James nie da się podejść tak łatwo i jeżeli będzie chciał cokolwiek z niego wyciągnąć, powinien opracować plan działania. Carlos mógłby mu w tym pomóc, bo jak na razie szło mu beznadziejnie – James albo się wściekał, albo go zbywał.
– Poradzę sobie sam – zapewnił James, kiedy podnosili się z foteli. – Ty już możesz wracać do Carlosa.
– W żadnych wypadku! – powiedział Chris z uporem. Wyciągnął portfel i rzucił pieniądze na stół, zostawiając kelnerce napiwek. – Odwożę cię taksówką do domu. Chcę wiedzieć, że dotarłeś tam cały i zdrowy.
– Wiesz, że to nie będzie ostatnia moja impreza? – James westchnął ciężko, zrezygnowany. W jego tonie nie było złośliwości, co zdziwiło Chrisa.
– Ale skoro już jesteś ze mną, nie puszczę cię samego.
– Wychodzą już panowie? – zapytała kelnerka, która podeszła do stolika. Spróbowała uśmiechnąć się do nich tak, jak na początku, ale była już zbyt zmęczona i najwyraźniej wyczuła, że James ani trochę nie był nią zainteresowany. Przestała się więc starać.
– Tak, dziękujemy za obsługę – mruknął Chris, zanim wyszli z knajpy.
Na ulicy było przyjemnie chłodno. Uderzył w nich podmuch świeżego powietrza, który stanowił alternatywę do mieszaniny zapachów w środku – od zaduchu, po słodką woń truskawek, kiedy kelnerka nosiła koktajle, albo przypalony odór sera, gdy kucharzom coś nie wyszło.
– Zaczekaj, zadzwonię po taksówkę – rzucił Chris i sięgnął po telefon. Zobaczył, że Carlos wysłał mu wiadomość, ale nie odczytał jej. Odnalazł w liście kontaktów odpowiedni numer i zamówił taksówkę. Rozmawiając z kobietą z centrali, kątem oka obserwował Jamesa. Jego syn kręcił się przez chwilę bez celu, aż w końcu sięgnął po telefon. On też musiał dostać jakieś SMS-y, bo zmarszczył brwi i zaczął coś klikać na ekranie smartfona.
– Taksówka będzie za pięć minut – oznajmił, kiedy zakończył połączenie. – To... Mam nadzieję, że... Nie chcę... – Czuł się jak idiota, kiedy nie mógł się wysłowić, ale nie miał pojęcia, jak powinien to powiedzieć. Na szczęście James domyślił się, co miał na myśli.
– Nikomu nic nie powiem – zapewnił go. – Nie martw się. Jak nie chcesz mówić mamie... Ja nie będę się do tego wtrącał.
Chris kiwnął głową. Znał swojego syna na tyle, żeby wiedzieć, że nie zrobiłby czegoś takiego, ale wolał się upewnić. Nie potrafił mu o tym tak po prostu opowiadać. Nie miał też pewności, czy James go zrozumie. On dopiero odkrywał swoją orientację. Wszystko było dla niego nowe, ale nawet jeśli teraz go przerażało, nie będzie żył tak jak Chris. Życie w zakłamaniu było najgorszym z możliwych wyborów, ale z drugiej strony, kiedy człowiek ukrywa się przez całe swoje życie, coraz trudniej zebrać mu się do tego, żeby się ujawnić. Im później to zrobi, tym większy będzie szok dla bliskich. Chris bał się ich oceny, kąśliwych uwag i szyderczych uśmiechów, ale jeszcze bardziej bał się o swoją matkę. Ona mogłaby tego nie przeżyć. Carlos miał identyczną sytuację, więc to chyba jeszcze bardziej wzmacniało ich relacje. Ktoś mógłby go teraz nie zrozumieć, nalegałby, żeby się ujawnił. Może dlatego wyszło mu z Carlosem? Bo obaj potrzebowali tego samego?
Był tak pogrążony w myślach, że nawet nie zauważył, kiedy podjechała taksówka. James wsiadł pierwszy, a on wpakował się zaraz za nim. Taksówkarz, stary Portorykańczyk, który popalał cygaro, obejrzał się na nich i zmarszczył brwi, wykrzywiając twarz w niesmaku.
– Coś nie tak?! – warknął Chris, zanim zdążył powstrzymać ogarniającą go falę gniewu.
– Nie, wszystko w porządku – burknął mężczyzna. – Jaki adres?
Chris podał mu ulicę i numer domu, pod którym mieszkała jego była żona. Kierowca zachował się tak, jakby uznał ich za kochanków. Starszy mężczyzna i młody chłopak, wracający razem taksówką mogli kojarzyć się bardzo dwuznacznie. Zresztą gejowski klub mieścił się całkiem niedaleko. Może nawet przed chwilą kogoś stamtąd zabierał? Ironia losu. Ciekawe, co by powiedział, gdyby dowiedział się, że ten młody chłopak, którego wziął za jego przyszłego kochanka wcale nim nie jest. Lepiej – to jego syn, którego spotkał w gejowskim klubie. Jaką wtedy zrobiłby minę? – pomyślał z mściwą satysfakcją, przez chwilę nawet rozważając pomysł, żeby powiedzieć to głośno. Może gdyby był w towarzystwie Carlosa, zdecydowałby się na coś takiego. Jego partner lubił prowokować w taki sposób. On działał zwykle pięścią, a Carlos słowem. Dlatego stanowili duet wybuchowy.
– W porządku? – zapytał Jamesa, który wpatrywał się w okno, obserwując mijane ulice. O tej godzinie nie było już korków, więc przed trzecią powinni być na miejscu.
– Tak, w porządku. – James posłał mu słaby uśmiech. – Wracasz później do siebie? To znaczy...
– Tak, jestem już zmęczony. – Chris skinął głową. Mimowolnie zerknął na kierowcę, ciekaw jego reakcji. Mężczyzna prowadził niewzruszony, ale ściszył radio, żeby nasłuchiwać. Chris prychnął cicho.
– Będziesz miał czas, żeby się spotkać w tygodniu? – zaproponował nagle. – Wiem, że masz szkołę i zaliczenia, ale może...
– Cholerne dzieciaki! – wrzasnął kierowca, hamując w ostatniej chwili, gdy zza rogu wyjechał mu sportowy samochód z prędkością, która mogłaby doprowadzić nawet do śmiertelnego wypadku. Zaczął przeklinać po portorykańsku i wygrażać pięścią, chociaż samochód dawno już odjechał. Chris pracował kiedyś z jedną kobietą z Porto Rico, więc znał kilka wulgaryzmów w tym języku. – Bogate dupki! Jeżdżą tymi drogimi wozami i myślą, że są panami ulicy. Policja to za takich się powinna brać, a nie... – zaczął mruczeć coś jeszcze po portorykańsku, czego Chris już nie był w stanie zrozumieć, ale dałby sobie rękę uciąć, że mówił coś o Amerykanach i imigrantach z południa.
– Możemy... – odpowiedział mu James, gdy już ruszyli. – Nie wiem, środy mam luźniejsze, pasuje ci?
– Tak, nie przejmuj się mną, młody. Ja się dostosuję. – Chris uśmiechnął się, próbując za tym uśmiechem ukryć swoją niepewność. Niby już sobie wyjaśnili najważniejsze rzeczy, a jednak wciąż czuł się bardzo niepewnie przy Jamesie. To wszystko... Chyba najlepiej będzie, jeśli po prostu będą mieli czas na przemyślenie sobie tego wszystkiego.
Droga do domu minęła im w milczeniu. Taksówkarz zdziwił się, kiedy tylko James wysiadł z samochodu, a Chris podał mu kolejny adres – tym razem do swojej kawalerki. Portorykańczyk był tak zmieszany, że zaczął go nawet zagadywać o wyniki meczu bejsbola, ale Chris za bardzo pogrążył się w swoich myślach, żeby mu odpowiedzieć. Wysłał SMS-a do Carlosa, że już po wszystkim i będzie czekał w mieszkaniu. Uspokoił się, gdy po kilku minutach dostał wiadomość zwrotną, że Carlos już wrócił do mieszkania i na niego czekał. Zapytał też, jak poszło, więc Chris, czując, że napięcie stopniowo zaczyna z niego schodzić, odpisał, że przeżył i ma nadzieję wrócić do domu w jednym kawałku.

Jeszcze nie wiedział, jak zmieni się jego życie, ale wiedział, że na pewno to, co stało się dzisiejszego wieczoru, będzie miało na tę zmianę ogromny wpływ. Zarówno dla niego, jak i dla Jamesa. 

6 komentarzy:

  1. O nie mogę, zapowiedź zabrzmiała fascynująco. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział :) już nie mogę się doczekać kolejnych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłam sceptycznie nastawiona do tego opowiadania. Ale czytam,czytam i zaczyna mi się podobać. Czekam na ciąg dalszy;)
    Martyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się przekonujesz ;)

      Usuń
  4. Ogólnie no to mi się podoba to opowiadanie ALE no przecież musi być jakieś ale no bo jak to tak bez.. No ale tak strasznie wolno to wszystko się dzieje wykończysz mnie kobieto! Już nie mogę się tego bziu! doczekać. ;) A no i weny życzę.
    Torisa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami czuję się jak taki wielki walec, który trzeba rozruszać, żeby później się stoczył :D No ale jak obiecałam, w następnym rozdziale akcja powinna zrobić bziu! :)

      Usuń