niedziela, 30 lipca 2017

Rozdział 7 - Tylko nie mów mamie!

Nie udało mi się niestety wyrobić z 2 rozdziałami, ale postaram się w przyszłości tak dodać. Może nie za tydzień, ale za dwa, kto wie :)

Za betę dziękuję Indrze :)

Rozdział 7



Głośny dzwonek, który rozbrzmiał w całej szkole, zwiastował dla Jamesa koniec zajęć. Zaraz miał spotkać się z ojcem i odbyć rozmowę, na którą umówili się w weekend. Wciąż trochę się denerwował, ale przez te kilka dni zdążył to wszystko przemyśleć. Ułożył sobie w głowie niektóre rzeczy i powoli oswajał się z myślą, że jego ojciec też jest gejem. Na początku rzeczywiście był w szoku. Zupełnie się tego nie spodziewał i wciąż jeszcze czuł się dziwnie zdezorientowany tą informacją. Sam nie wiedział, czy bardziej go to zawstydzało i onieśmielało, czy uspokajało, bo bez względu na wszystko pozbył się lęku przed brakiem akceptacji. A to właśnie o ojca najbardziej się bał.
Długo zastanawiał się nad tym, co mógłby mu o sobie opowiedzieć. Wiedział, że ojciec nie odpuści i będzie chciał się czegoś dowiedzieć, a historia Jamesa nie była zbyt porywająca.
Jego fascynacja zaczęła się od chłopaka Ashley i dopiero później powoli zaczął odkrywać te wszystkie sekrety świata gejów. Umówił się na kilka randek, całował się, pozwolił nawet na coś więcej, ale o tym na pewno nie będzie ojcu opowiadał.

Podążał wolno za tłumem, który zmierzał do wyjścia ze szkoły. Dla większości lekcje już się skończyły, więc każdy chciał jak najszybciej stąd wyjść. Jeżeli ktoś jeszcze zostawał, to albo dlatego że wylądował w kozie, albo miał jakieś dodatkowe zajęcia.
Co masz taką minę? – Usłyszał nagle tuż przy uchu i poczuł, jak ktoś łapie go za ramię. – Wołałam cię, ale nawet nie słyszałeś! – To była Alice, jego siostra.
Hm? – James spojrzał na nią zaskoczony. – A, no tak. Skończyłaś już zajęcia? – zapytał.
Tak, a ty? – Alice uśmiechnęła się beztrosko. Szła tak żwawym krokiem, że niemal ciągnęła Jamesa za sobą.
Też. Zaraz ojciec po mnie przyjedzie.
Gdzie jedziecie? – zainteresowała się. Wyszli właśnie przed szkołę. Przed nią mieścił się spory parking, na który właśnie się skierowali.
Nie wiem, tak się przejechać. – James zerknął na nią podejrzliwie. Alice zwykle była poważna i powściągliwa, a teraz zachowywała się, jakby znowu miała dwanaście lat. Nie, ona nawet, jak miała dwanaście lat nie zachowywała się w taki sposób. – A ty też już wracasz do domu? – zapytał. Jego siostra była osobą bardzo społeczną, udzielała się we wszystkich możliwych stowarzyszeniach i kółkach, więc rzadko kiedy miała wolne popołudnia. A teraz jakby nigdy nic szła z nim na parking. – Ty nie zostajesz po lekcjach? – zdziwił się.
No... nie dzisiaj nie – rzuciła i puściła go. Poprawiła książki, które trzymała w jednej ręce i rozejrzała się po parkingu. – To i tak już jest prawie koniec roku, więc nie mam tyle obowiązków. Dzisiaj nie dam rady.
Aha. A wracasz do domu? – zapytał.
Mieli wspólny samochód, którym zwykle jeździli razem do szkoły. Odkąd Ashley poszła do pracy i rodzice pomogli kupić jej wóz, oni zabrali ten, którym jeździła kiedyś. Dzisiaj jednak żadne z nich nie wzięło samochodu, do szkoły podrzucił ich Kurt. James po południu spotykał się z ojcem, a Alice... No właśnie, dlaczego ona też pojechała z ich ojczymem?
Nie, jeszcze nie. Idę na miasto z... koleżankami.
James zmarszczył lekko brwi. Jego najstarsza siostra, Ashley, była urodzoną bajerantką i nigdy nie wiedziało się, kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę. Alice tego nie potrafiła. Nie umiała oszukiwać. Można było czytać z niej jak z otwartej księgi, więc James bez trudu poznał, że siostra kłamie.
No w porządku. – Kiwnął głową. – Z twojej klasy?
Tak – powiedziała szybko Alice. – To znaczy nie! Nie z mojej! – dodała, gdy zauważyli przyjaciółki Alice, które machały im, zanim wsiadły do samochodu. – Nie znasz ich.
James rzucił Alice uważne spojrzenie. Przypomniał sobie sytuację sprzed dwóch dni. Alice wróciła o czwartej nad ranem. W poniedziałek. Wysiadła z czarnego, sportowego samochodu i... I właśnie ten sam czarny, sportowy samochód podjechał właśnie na parking.
No, ja już będę szła – rzuciła Alice szybko. – Ty zaczekaj na tatę. On podjedzie pewnie od drugiej strony. Mnie zawsze tam odbierał – dodała i wskazała na przeciwną stronę parkingu. – Idź tam może, co?
James nic nie odpowiedział. Stał i obserwował, jak samochód zatrzymał się na początku parkingu. Nie mógł dostrzec, kto siedział za kierownicą, bo przednie szyby były przyciemniane, ale ten wóz wcale mu się nie podobał.
Komórka Alice rozdzwoniła się.
No, ja już będę szła, bo do mnie dzwonią – powiedziała nerwowym głosem, gdy spojrzała na telefon. – To na razie James. Mówię ci, tam będziesz miał lepiej! Ojciec zawsze tam podjeżdżał! – Jeszcze raz wskazała na drugą stronę placu. – To na razie! – rzuciła i ruszyła w stronę samochodu.
James obserwował ją uważnie. Rozmawiała przez telefon i kiedy doszła do wozu, był pewien, że zatrzyma się i do niego wsiądzie. Ona przeszła jednak obok. Wyszła na ulicę i obejrzała się jeszcze, żeby sprawdzić, czy James ją widział. Pomachała mu ręką, a później zniknęła za rogiem. Po minucie czarny samochód ruszył z piskiem opon, a kilka osób obejrzało się za nim zaskoczonych.
Parking składał się z dwóch alejek, jedna służyła do wjazdu, druga do wyjazdu, więc chcąc go opuścić, trzeba było przejechać cały plac. Czarny samochód, żeby wyjechać na ulicę, musiał go minąć. James wpatrywał się w samochód, ale przez przyciemniane szyby, nie mógł dostrzec kierowcy. Już myślał, że nic nie zobaczy, kiedy samochód nagle zwolnił i przednia szyba zaczęła się opuszczać.
Za kierownicą siedział młody Latynos. Spojrzał wyzywająco na Jamesa. Był bez koszulki, całe jego chuderlawe ciało pokrywały tatuaże, miał je nawet na twarzy!
James wstrzymał oddech, kiedy obok niego przejechał, a gdy go minął, przyspieszył i z piskiem opon wyjechał z parkingu.
Jeżeli to był samochód, którym Alice przyjechała nad ranem do domu, to znaczyło, że jego siostra spotykała się z... gangsterem? James przez chwilę stał w takim szoku, że nawet nie zauważył, że ktoś do niego dzwonił. Dopiero po chwili się zreflektował.
Halo?
James, czekasz już na mnie? – usłyszał w słuchawce głos ojca. – Młody, naprawdę cię przepraszam, ale mam problem z jednym raportem. Ten cholerny Lindsey niczego nie może zrobić poprawnie! – warknął. – Chcę się z tobą spotkać. To nie zajmie mi długo. Jak wolisz, możesz wyjść na miasto. Wybierz jakieś miejsce, a ja tam przyjadę. Jesteś głodny? Możemy pójść do restauracji.
Nie, nie jestem głodny – rzucił James i rozejrzał się po parkingu. – To ile mniej więcej ci to zajmie?
Do pół godziny, słowo – obiecał ojciec. – Jeszcze raz cię przepraszam.
Spoko. To ja może zaczekam w szkole, okej? Podjedziesz tutaj po mnie.
Nie ma problemu, młody. Dam znać, jak już będę kończył.
James już wiedział, jak wykorzysta wolny czas. Nie miał zamiaru szukać żadnej kawiarni. Zamiast tego wolał pójść na trybuny.
Przychodził tam tak często, że mniej więcej znał rozpiskę treningów poszczególnych drużyn. W poniedziałki i piątki treningi mieli footballiści, we wtorki i czwartki cheerleaderki, a to znaczyło, że wtedy na trybunach panował największy tłok. W środy, kiedy stadion zwykle okupywała cała sekcja lekkoatletyczna – czyli oprócz biegaczy, byli też skoczkowie, kulomioci i oszczepnicy-- trybuny zwykle świeciły pustkami.
James bez względu na dzień tygodnia, lubił tam przychodzić i obserwować tych wszystkich sportowców ze szkolnych drużyn. Naturalnie najbardziej interesowali go biegacze, ale treningi footballu też nie były takie złe. Nawet na cheerleaderki patrzyło się całkiem przyjemnie. W szkolnej drużynie cheerleaderek było nawet kilku chłopaków. Noe twierdził, że kiedyś kręcił z jednym z nich, ale James nie za bardzo chciał mu w to wierzyć. Noe miał to do siebie, że dużo mówił, mało robił. Poznał go już wystarczająco dobrze, że nie wyobrażał sobie go w towarzystwie takiego Huntera Luka albo Georga McMahona, którzy mieli większe powodzenie od niektórych footballistów. Oczywiście wśród płci pięknej, chociaż James podejrzewał, że woleli facetów. Więcej – że woleli siebie. James uwielbiał obserwować sportowców i zauważał całkiem sporo rzeczy, które innym mogły umykać. Nic więc dziwnego, że czasami siedział na trybunach tak długo, że zdążył odrobić zadanie domowe na cały tydzień. Schodził z nich ostatni, jak już prawie nikogo nie było na boisku i wtedy miał wrażenie, że stadion należy tylko do niego. Cisza i spokój w tak ogromnym, zwykle zatłoczonym miejscu wydawała mu się czymś niezwykłym. A najlepsze było to, że zauważał to tylko on (no, może jeszcze woźny i ogrodnik mogli tego doświadczyć, ale oni raczej nie mieli takich melancholijnych odczuć).
Usiadł na swoim ulubionym miejscu we wschodniej części trybun i wyciągnął książki. Zwykle rzadko kto tutaj przychodził, więc miał względny spokój. Dzisiaj był po tej stronie zupełnie sam.
Rozejrzał się po stadionie i owszem, zauważył biegaczy, ale wśród nich nie było Liama. Jego drużyna już trenowała na bieżni, jednak nigdzie nie dostrzegł tych charakterystycznych długich, czarnych włosów, związanych w kucyk, które kiwały się na boki pod wpływem biegu. Liam musiał sobie dzisiaj odpuścić trening.
James westchnął ciężko i zajął się lekcjami. Inaczej – próbował się zająć, bo jeśli miał idealne warunki do nauki i żaden przystojny metalowiec nie odwracał jego uwagi, to jego myśli uciekały do innego chłopaka, którego dzisiaj widział. Latynosa ze sportowego samochodu. Alice naprawdę mogła się z nim spotykać? Ta porządna, ułożona Alice, którą rodzice zawsze stawiali za wzór? Nawet Ashley nie celowała w takie towarzystwo, a wiedział, że jego najstarsza siostra znała dużo podejrzanych osób.
Myśli Jamesa rozpłynęły się, gdy znowu spojrzał na stadion i zauważył na bieżni Liama. Przyszedł na trening, najwyraźniej trochę się spóźnił, ale jednak się pojawił. Nie miał na sobie szkolnego stroju swojej drużyny. Biegał w dresie, podobnym do tego, w jakim James uwielbiał biegać rano, gdy było jeszcze trochę zimno. Jak zwykle miał włosy związane w kitkę i jego kucyk zabawnie skakał, gdy biegł. James zapatrzył się na niego, a na jego usta wpłynął szeroki, pełen zadowolenia uśmiech. Opłacało się dzisiaj tutaj przyjść.
Drgnął, gdy usłyszał dźwięk swojego telefonu. Rzadko mu się to zdarzało, ale teraz, kiedy po niego sięgał, zaklął pod nosem. Dlaczego akurat teraz ktoś musiał do niego dzwonić?
Tak?
No, jestem już, młody – usłyszał głos ojca. – Zbieraj się, czekam na parkingu. Przepraszam, że tak długo, ale Tom cholerny Lindsay jest głupszy niż myślałem.
Jasne, zaraz przyjdę – rzucił James i rozłączył się. O Tomie cholernym Lindsay słyszał już milion razy i wciąż dziwił się, że ojciec go nie zwolnił. Skoro był taki zły, już dawno powinien wylecieć z pracy – myślał, zbierając się z trybun. Nie rozumiał, co jest nie tak z tym mężczyzną, że jego surowy i wymagający ojciec wciąż trzymał go na posadzie.
Zbiegł z trybun prosto do przejścia łączącego stadion i wyjście. Już miał obejrzeć się jeszcze raz na bieżnię, gdy poczuł, jak ktoś na niego wpada z taką siłą, że przewalił go na ziemię. Jęknął i spróbował się podnieść, nieco zdezorientowany. Przez pierwsze kilka sekund nie miał pojęcia, co się stało. Zrozumiał to, gdy spojrzał na sprawcę zamieszania.
Nic ci nie jest? – zapytał Liam, który pierwszy pozbierał się z ziemi. James był tak oszołomiony, że zamarł i patrzył na Liama szeroko otwartymi oczami. To był pierwszy raz, kiedy Liam się do niego odezwał.
Nie, nie, w porządku – powiedział i zanim zdążył się zgramolić z ziemi (teraz żałował, że zabrał ze sobą tyle książek), Liam wyciągnął do niego rękę, żeby pomóc mu wstać. – Sorry, wyszedłeś tak nagle z trybun, nie zauważyłem cię.
Wiem, przepraszam. – James przygryzł wargę. Serce zaczęło mu bić tak szybko, jakby to on, a nie Liam, przebiegł właśnie kilka okrążeń.
Mocno się zderzyliśmy. – Liam uśmiechnął się kącikiem ust , a James zapatrzył się w jego twarz. Pierwszy raz widział go z tak bliska. Ślinienie się do ekranu komórki, gdy przeglądał jego zdjęcia, przecież się nie liczyło.
No – wydukał elokwentnie – mocno.
Widziałem cię na trybunach – odezwał się znowu Liam. Sięgnął po swojego kucyka i poprawił gumkę. James w tym momencie jak ostatni neandertalczyk mógł skupić się tylko na jego włosach i nie usłyszał, co Liam do niego powiedział. A mówił coś na pewno, bo słyszał jego mocny, wysoki głos.
Co?
Pytałem, czy się uczyłeś. – Liam znowu się uśmiechnął. Był nieco spocony, krótkie, lekko kręcone włoski przy czole, lepiły mu się teraz do skóry, a zwykle blada cera teraz była nieco zarumieniona.
Tak, lubię tutaj przychodzić i się...
W tym momencie rozdzwoniła się jego komórka, a James miał ochotę rozbić ją o ścianę. Wiedział kto dzwoni i miał ochotę udusić tego kogoś. Jego ojciec miał naprawdę idealne wyczucie czasu.
James sięgnął po telefon i zamiast odebrać, wyciszył komórkę.
Lubię tutaj przychodzić i się uczyć – dokończył myśl. – A ty... lubisz biegać.
Na te słowa Liam zareagował zupełnie inaczej, niż James się tego spodziewał. Uśmiech zniknął z jego twarzy, a łagodne spojrzenie, zmieniło się.
Nie, to że biegam, wcale nie znaczy, że to lubię – powiedział chłodno, jakby James właśnie go obraził.
A-aha, no to okej. – James przełknął ciężko. Jego komórka znowu się rozdzwoniła.
Nie odbierzesz?
Mhm. – James przyłożył telefon do ucha.
James, do cholery, gdzie ty jesteś! Czekam na ciebie i czekam! – zniecierpliwił się ojciec.
Już idę, sorry – rzucił do słuchawki i rozłączył się szybko, zanim ojciec zdążył odpowiedzieć. – Muszę już iść. To... ee...
Na razie. – Liam skinął mu głową i wybiegł ze stadionu, zostawiając Jamesa w osłupieniu.
Na razie – burknął po chwili konsternacji. No, to by było na tyle. Tak właściwie to wcale nie był zdziwiony. Podejrzewał, że tak właśnie mogła wyglądać ich pierwsza rozmowa.



*



Żyjesz? – zapytał go ojciec, kiedy wsiadł do samochodu. – No co masz taką minę, młody? Jakby cię ze szkoły wylali – zażartował. – Nie wywali cię chyba? – zaniepokoił się.
Niby za co? – James prychnął. Był trochę skołowany. Idąc na parking, cały czas myślał o spotkaniu z Liamem. Doszedł do wniosku, że zachował się jak idiota, który zapomniał języka w gębie. Nic dziwnego, że Liam potraktował go w taki sposób.
No to co jest? – Ojciec najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić tematu.
Nic, jedźmy już. Spóźniłeś się prawie godzinę! – zauważył James. Dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Wcześniej jakoś niewiele go to obchodziło. Czas spędzony na trybunach zawsze szybko mu mijał.
Czterdzieści minut, już nie przesadzaj – burknął ojciec. Wyjechali z parkingu na ulicę. – To gdzie jedziemy? Może być jakaś knajpa z chińskim żarciem? Jestem głodny jak wilk.
Obojętne – zgodził się James.
Już po pół godzinie siedzieli w przytulnej, małej restauracji na Redondo Beach. Nie mieli co prawda widoku na ocean, ale i tak było całkiem przytulnie. I nie śmierdziało jak w niektórych knajpach z azjatyckim jedzeniem.
Złożyli zamówienie, jednak tym razem kelnerka, młoda, całkiem ładna dziewczyna, nie wydawała się być zainteresowana Jamesem. Całe szczęście, bo nie chciał, żeby sytuacja z piątku się powtórzyła. Jeszcze tego by mu brakowało!
Mam nadzieję, że na jutro nie masz dużo nauki – odezwał się ojciec po raz kolejny. W drodze tutaj próbował zagadać do Jamesa na różne sposoby, ale niewiele to dało. James był zbyt pogrążony w swoich myślach, nie miał ochoty rozmawiać.
Odrobiłem zadanie, jak na ciebie czekałem – skłamał.
No widzisz! – ucieszył się. – Przynajmniej masz już z głowy – dodał, a James spojrzał na niego tak, że od razu zamilkł. – Co jest, młody? Zachowujesz się, jakbyś się jakiegoś arszeniku najadł. Normalnie jak twoja matka, kiedy ma... – odchrząknął. – To tylko taki żart, nie obrażaj się już! Powiesz mi, o co chodzi?
Nie – odparł krótko. – O nic nie chodzi.
No dobrze. – Ojciec westchnął ciężko. – To dokończymy tę rozmowę w takim razie? Nie chcę cię trzymać do wieczora, a mamy jeszcze trochę do obgadania. Chcę wiedzieć...
Co? – syknął James. – Chcesz wiedzieć, jak odkryłem, że wolę facetów? Czy już z jakimś spałem? Co chcesz wiedzieć?!
James był zły. Naprawdę zły i gdy zwykle panował nad emocjami, tak teraz, przez Liama, nie poznawał się. Już dawno nie zareagował tak agresywnie i nawet ojciec to zauważył. Patrzył na niego przez chwilę skonsternowany, a gdy się odezwał, jego głos był stanowczy i chłodny.
Powiesz mi to, co będziesz chciał. Nie mam zamiaru wypytywać cię żadne o szczegóły. Chcę cię lepiej poznać, jesteśmy do siebie podobni bardziej niż myślałem. Nie chcę, żeby się okazało, że to przeze... Mam nadzieję, że nie ja...
James patrzył na zmagania ojca, jego niepewność i zawstydzenie. Zrobiło mu się go żal, bo wiedział, co chciał powiedzieć.
Nie jestem taki przez ciebie – zapewnił go. – To znaczy... Może jestem, nie wiem. Nie znam się na tym. Trafiłem na różne badania, niektórzy pisali jedno, inni coś innego. I co chwilę odkrywają jeszcze coś. – Spróbował się uśmiechnąć, jego ojciec też. W tej kwestii rzeczywiście byli do siebie podobni. Obaj z gracją bawołów starali się zachować twarz i udawać, że mieli tę rozmowę pod kontrolą.
Wiem, że nie mam wpływu na biologię, ale... – zawahał się – zastanawiam się, czy gdybym był lepszym ojcem to...
Trudno było Jamesowi uwierzyć w to, co słyszał. Jego ojciec, który zawsze uważał, że powinien dostać nagrodę w kategorii „najlepszy ojciec na kontynencie”, teraz miał wątpliwości?
Miewałeś swoje momenty – przyznał James niepewnie. Obaj znowu się uśmiechnęli i w tym przypadku też to był ten sam rodzaj uśmiechu. Byli skrępowani, zabawnie nieśmiali, więc za jakiś czas, kiedy przypomną sobie tę rozmowę, wybuchną śmiechem i zaczną kpić ze swojego zachowania. Tylko że to będzie później, teraz muszą stawić czoła zawstydzeniu. Nikt nie powiedział, że przełamywanie lodów będzie proste, a oni jeszcze nie skuli tego lodowego muru, który przez lata między nimi powstał.
Momenty? Te lepsze czy gorsze?
I takie, i takie. – James zaśmiał się krótko. – Ale zawsze mogło być gorzej.
Dokładnie, młody. Nie powinieneś narzekać! Może i na rodeo cię zabierałem, ale gorzej byś miał, gdybym cię wyciągnął na polowanie. Tylko pomyśl, środek lasu, ty i ja w jakiejś chatce z bronią palną pod ręką. Tego to już byśmy nie przeżyli.
Nie przesadzaj – obruszył się James. – Nie było aż tak źle. Może nie dogadywaliśmy się najlepiej, ale przecież nie...
To dobrze brzmi. Dlatego tak powiedziałem. Trochę dramatyzmu nie zaszkodzi. – Ojciec wyprostował się, a na jego ustach pojawił się pełen zadowolenia uśmiech. James nigdy w taki sposób się nie uśmiechał. Zeszli już z krępujących tematów, więc ojciec poczuł się pewniej i wrócił do dawnego zachowania, czyli – co James nigdy nie przyznał głośno, ale czasem tak myślał, zwłaszcza wtedy, gdy był na niego wściekły – do bycia aroganckim dupkiem.
Jasne. – James przewrócił oczami. – Ty zawsze lubiłeś dramatyzować.
To przez niespełnione umiejętności aktorskie. Zmarnowałem się, zamiast podcierać ci tyłek, powinienem robić karierę w Hollywood.
Tak, byłbyś czołowym aktorem filmów klasy c – zakpił James i uśmiechnął się z rozbawieniem, bo wizja jego ojca na ekranach kinowych była... Kosmiczna, straszna i komiczna. Idealnie wpasowywałby się w gatunki, w których mógłby grać: słabe sci-fi, absurdalne horrory i żenujące komedie. Może rzeczywiście szkoda, że nie zrobił kariery?
Bardzo śmieszne, młody – prychnął ojciec. – Robisz taką samą, zadowoloną minę, jak twoja babcia, kiedy ucierała mi nosa. To znaczy nie – zreflektował się szybko – myśli, że uciera mi nosa.
James nachylił się nad stołem i szepnął:
Uważaj, bo jej to powiem.
Wydaje ci się, że się jej boję? – prychnął ojciec.
Razem z wujkiem Richem – przyznał James. – Dwóch dorosłych facetów, a macie takie same miny, kiedy babcia się wścieka.
Nie myśl sobie, że ty masz lepszą, gdy twoja matka jest na ciebie zła – upomniał go. – Na tym właśnie polega kobiecy urok. One są jak węże. Piękne, ale najpiękniejsze, gdy stoi się w bezpiecznej odległości, poza siłą rażenia.
James wziął do ręki niewielką ulotkę, którą zaczął się bawić. Jego dobry humor minął, gdy zadał kolejne pytanie:
Babcia byłaby takim wężem, gdyby się o tobie dowiedziała?
Zapanowała chwila ciszy. James zerknął na ojca, ale ten wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w blat stołu. Jego twarz stężała, a ciało napięło się, jakby gotował się na atak.
Gorzej – wydusił w końcu i uśmiechnął się z wymuszeniem. – Nie wiem, czy byłaby anakondą czy kobrą królewską. Ale na pewno nie przyjęłaby tego dobrze.
Bardziej bałbyś się powiedzieć mamie czy babci?
To bez znaczenia, James. – Chris westchnął ciężko. – Nie dowiedzą się, nie chcę, żeby się dowiedziały. To... to już za długo trwa. Teraz byłyby zszokowane. Im dłużej to ukrywasz, tym ciężej później ci się przyznać.
Myślisz, że jak mama dowie się o mnie...
Nie – przerwał mu ojciec kategorycznym tonem. – Gabrielle cię zaakceptuje. Nie powinieneś się o to martwić. Babcia też. Będzie jej ciężko, na pewno ciężej niż mamie, ale w końcu się przyzwyczai.
Nie chcę im na razie mówić – rzucił szybko James. – To znaczy... nie teraz.
Ojciec zmrużył oczy, a jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu. To był najbardziej szczery uśmiech dzisiejszego dnia i James poczuł, jak sam się uśmiecha, uspokojony.
Wiesz, od czego to się zaczęło? – zapytał nagle. – Pamiętasz jeszcze Trevora?
On był... – Ojciec wydał się zszokowany. – On... Ale Ashley...
Nie. – James roześmiał się. Chociaż chciałbym, Trevor niestety nie był gejem. Szkoda, prawda?
Podobał ci się. – Kiedy już z jego twarzy zniknął wyraz zdumienia, pozwolił sobie na szelmowski uśmiech. – Kto by pomyślał... Ile ty wtedy miałeś lat?
Trzynaście. – James podrapał się po skroni, nieco zawstydzony.
Ojciec roześmiał się tubalnym głosem, tak głośno, że zwrócił na siebie uwagę reszty osób siedzących w restauracji.
Cholerny Trevor napsuł mi tyle krwi! Miałem ochotę wyrwać mu te długie kudły, niemyty drań.
Mył się!
Nie mył! Ciągle przychodził w tych potarganych ubraniach, wyglądał jak jakiś hipis.
Był rockmenem. – James przewrócił oczami. Ciekawe, co ojciec powiedziałby o Liamie. Pewnie podobnie jak Noe uznałby go za satanistę.
Niemytym rockmenem – sprostował ojciec. – Ale... rzeczywiście. Jak sobie to przypominam, jakoś podejrzanie często kręciłeś się w ich pobliżu. Mały skubaniec – prychnął i znowu się roześmiał.
Kelnerka przyniosła dla nich jedzenie, więc przerwali na chwilę rozmowę o pierwszej platonicznej miłości Jamesa. Kiedy odeszła, przyszła pora na kolejne pytanie:
A później?
Teraz James nie chciał odpowiadać już tak otwarcie. To było bardziej skomplikowane i raczej mniej zabawne. Bo jego podchody do chłopaków były trochę jak te ich uśmiechy – krępujące, żenujące i lepiej jeśli o nich zapomną.
Później... no... – Sięgnął po swoją colę i wziął dwa duże łyki. – Później to... Tak się spotykałem.
Z kimś konkretnym? – Ojciec zmarszczył lekko brwi. James znał tę minę, to była mina drapieżnika, który widział na horyzoncie innego łowce. Ojciec zawsze miał taki wyraz twarzy, gdy jego siostry opowiadały o swoich chłopakach. Świetnie, czyli teraz czeka go to samo.
Z nikim. – James wzruszył ramionami. – Po prostu... no nic szczególnego. Jakoś tak...
A teraz? Pod szkołą byłeś tak wkurzony, że myślałem, że rozszarpiesz mi gardło. Albo, co gorsza, zrobisz coś z samochodem. Wtedy bym cię wydziedziczył – dodał takim tonem, jakby wcale nie żartował. I nie żartował zapewne, James znał go wystarczająco dobrze, żeby to wiedzieć. – Więc? Uczysz się dobrze, nigdy nie miałeś problemów w szkole, więc to nie o nią musi chodzić.
James westchnął ciężko. Dlaczego jego ojciec musiał być aż tak nadgorliwy? Nie chciał mu mówić o Liamie. On był kolejną platoniczną miłością. Może dłuższą niż inne, ale dzisiejsza rozmowa pokazała, że raczej nie zajdą daleko w tej znajomości. On wciąż będzie wzdychał do Liama, a Liam nie będzie go zauważał. Witaj szara codziennościo.
Doradzę ci – próbował go przekonać.
Doradzisz? – James uniósł brew. – Aż się boję zapytać jak.
No daj spokój, młody. Przecież ci nie powiem, żebyś go... no. – Ojciec zawstydził się. Zapchał usta jedzeniem i przez chwilę żuł w milczeniu. James też zajął się swoim daniem. – Kto to jest? – zapytał w końcu. James westchnął.
Kolega ze szkoły.
Czyli jednak. – Ojciec uśmiechnął się w sposób, który przypominał mu trochę Noe'ego. James o mało się nie roześmiał. Chyba żaden z nich nie ucieszyłby się tym porównaniem. – No i co? – Ojciec chciał wiedzieć, co dalej.
No i nic. – James wzruszył ramionami. – Nie znamy się praktycznie.
A teoretycznie? – zapytał, a gdy James spojrzał na niego bez zrozumienia, dodał: – Wiesz coś o nim?
W pierwszej chwili James chciał powiedzieć: wszystko, ale po pierwsze zabrzmiałoby to naprawdę głupio, a po drugie nie mógł wiedzieć o Liamie wszystkiego. Jedynie rzeczy, które on chciał udostępnić w sieci.
W zasadzie to wiem – burknął niepewnie. Ojciec uśmiechnął się z zadowoleniem.
Świetnie, czyli teorię masz załatwioną. Teraz wystarczy wprowadzić ją w życie. Musisz się zastanowić, jak możesz do niego zagadać i działasz. – Zamachnął się pałeczkami tak intensywnie, że kawałek makaronu poleciał prosto na policzek Jamesa. – Cholera, przepraszam, młody.
To nie jest takie proste, jak myślisz.
Oczywiście, że jest proste! – żachnął się. – Tylko musisz nabrać pewności siebie. Wtedy wszystko jest proste. Masz geny Ivorych. My jesteśmy pewni siebie. Twoja babka była pewna siebie, kiedy nawet na moment nie zwątpiła w to, że jest najlepsza i harowała przez dzień i noc, żeby nas utrzymać. Myślisz, że gdyby nie była pewna siebie, udałoby się jej utrzymać rodzinę?Twój wujek był pewny siebie, kiedy siedział i uczył się po nocach, żeby zostać tym cholernym prawnikiem. I ja jestem pewny siebie. Bo bez względu na to, jak moi teściowie byli wredni, założyłem firmę i nie zbankrutowałem. Dzięki temu teraz możesz mieć drogie ciuchy, iść za dwa lata na studia, a ja mogę jeździć Hammerem. – Uśmiechnął się z niekłamaną satysfakcją. Ten monolog bardziej jemu niż Jamesowi poprawił humor. – Ty też powinieneś być pewny siebie. Zagadać do chłopaka, który ci się podoba i...
I co, mam powiedzieć, że jestem Ivorym? – James przewrócił oczami. – Już widzę, jak na to leci. Cześć, Liam – sparodiował tubalny głos ojca – jestem James Ivory. Tyle wystarczy ci do szczęścia. To kiedy masz czas gdzieś wyskoczyć? Tylko pamiętaj, masz do czynienia z Ivorym z krwi i kości! – zahuczał, unosząc pięść.
Kpij sobie dalej. – Ojciec zmrużył oczy urażony. – Ja wiem swoje. Mam większe doświadczenie niż ty, młody.
Dzisiaj z nim gadałem – przyznał się w końcu James, bo w taki sposób mogliby rozmawiać nawet do rana i tak nic by z tego nie wyszło.
I?
I nic. Wpadł na mnie. – James wzruszył niedbale ramionami.
Jak to wpadł? Kiedy?
Jak schodziłem z trybun. On był na bieżni, ale kończył biegać. Wyszedłem na to przejście między trybunami i... Zderzyliśmy się.
Tak po prostu?
Tak po prostu – westchnął James. – Nie był zbyt rozmowny i szybko się pożegnał.
Miałeś okazję z nim rozmawiać i tego nie wykorzystałeś?! – Ojciec spojrzał na niego jak na idiotę. – James, do cholery jasne, jesteś Ivorym.
Tak, tak, pewność siebie. Wybacz, akurat schowałem ją do kieszeni i nie zdążyłem wyciągnąć. – James przewrócił oczami. – Uwierz, nie był mną zainteresowany.
Każdy jest zainteresowany Ivorymi – żachnął się ojciec. – Tylko nie każdy o tym wie.
James schował uśmiech za szklanką wody. Jego ojciec czasami był naprawdę zabawny albo przerażający, zależy od której strony na to spojrzeć. Cóż, gdyby Ivory byli rodem z „Gry o Tron”, ojciec na pewno byłby kimś w rodzaju Tywima Lannistera. Ta myśl rozbawiła Jamesa na tyle, że nie był w stanie powstrzymać śmiechu.
A ciebie co tak bawi? – warknął ojciec.
James pokręcił głową. Nie miał odwagi zapytać, czy ojciec kojarzy „Grę o Tron”. Za jego czasów na topie był pewnie jakiś „Świat według Bundych”. Al Bundy, z tego co James pamiętał, też miał o sobie całkiem wygórowane mniemanie.
I wiesz co? – Ojciec najwyraźniej postanowił zignorować jego rozbawienie. – Jak któryś cię skrzywdzi, możesz im powiedzieć, że urwę im jaja.
Dzięki tato, to będzie idealny tekst na podryw. Właśnie na takie rady liczyłem.

9 komentarzy:

  1. „–Był rockmen. „ – „Był rockmanem”, jak już. ;)

    „Niemytym rockemen” – „Rockmanem”, powtórzę… Coś to słowo kłopoty sprawia? ;P

    Poprzednie rozdziały też czytałam, ale nie komentowałam, bo jak ktoś tu wspomniał, ciężko skomentować, jak tak mało się dzieje. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że pomijając to, że fabuła bardzo wolno się rozwija, to moim zdaniem ci bohaterowie są nieco płascy, jednowymiarowi i dość do siebie podobni, przez co czuję się, jakbym oglądała jakiś serial dla amerykańskich nastolatków…

    W końcu jednak zaczęło się coś dziać. Doszło do jakiegoś spotkania… No dobra, bardziej zderzenia w stylu tych, które zdarzały się np. Bridget Jones… (Imię Liam tak nieznośnie kojarzy mi się z One Direction). Jednak mam nadzieję, że to wszystko ruszy w końcu w jakimś kierunku I nie ukrywam, że liczę, że nie będzie do końca sielankowo. ;)

    ~Arco Iris

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakieś zaćmienie umysłu miałam z tym rockmenem ;) Już poprawione.

      Bardzo dziękuję za taką szczerą opinię. Czułam, że coś w tym opowiadaniu nie gra i chociaż wcześniej pisałam, że akcja pójdzie do przodu, w praktyce ta "akcja" rozmyła się jak bezbarwna plama. To opowiadanie nie wyszło tak, jakbym chciałam. Już wiem dlaczego, ale nie wiem, co mam z nim zrobić. Muszę się nad nim zastanowić i podjąć jakąś decyzję. Nie wyszło tak, jakbym chciała i czuję, że to nie jest kierunek, w którym chcę iść.
      Jeszcze raz dziękuję za szczerą opinię. Cieszę się, że napisałaś, co myślisz, bo trafiłaś w punkt.
      PS. Liam z 1D był fajny! I pasował do Zayna.

      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Nadal masz błąd. Rockman, nie rockmen. :)
      Ja nie trawię całego 1D. :/

      ~Arco Iris

      Usuń
    3. Słownik mi pokazuje, że obie wersje są poprawne :)
      https://sjp.pwn.pl/sjp/rockman;2574348.html

      Usuń
    4. Rockmen pisze jak byk, że jest dopuszczalne w grach. :D
      Rockman jest poprawne. Tak samo jak Batman, Superman, Spiderman, Policeman... Tak samo jest rockman. :D

      ~Arco Iris

      Usuń
    5. Arco, rockman też jest słowem dopuszczalnym w grach :) Słownik PWN podaje, że obie wersje są poprawne, więc jemu będę wierzyła. To najbardziej rzetelne źródło informacji.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Idzie burza a ja zastanawiam się kiedy następny rozdział ��

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja zaczynam nie lubić Liama :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle: Chris jest boski :D Od razu go polubiłam, jego podejście, tekściki, aawww :D
      Lubię też Jamesa i jego paczkę, mają fajne żarty.
      Oczywiście Liam z wyglądu pewnie byłby bardzo w moim guście (długie włosy, szczupły, morduje kobiety i gwałci kotki na cmentarzu, do tego pewnie pali kościoły, normalnie ideał), ale tak mnie zdziwiła ta jego reakcja na zwykłą wzmiankę o bieganiu. Pewnie coś ukrywa :D

      Randka z gangsterem też mnie rozłożyła na łopatki <3

      Usuń